Tikkurila – farba idealna?
Każdy ma w życiu ten moment – coś zobaczy, czegoś dotknie, coś poczuje i nagle… przepadł. Niektórzy odkrywają swoją pasję do ręcznie tkanych dywanów z Maroka, inni – do pieczenia chleba na zakwasie. A ja? Ja odkryłam farbę. I to nie byle jaką! Zapraszam do opowieści o tym, jak z turystki stałam się ambasadorką matowej czerni Tikkurila.
Myślałam, że zachwyci mnie Wawel, a zachwyciła… ściana
Nie szukałam tej miłości. Pojechałam do Krakowa na city break, spodziewałam się klasycznych atrakcji: Wawelu, smogu, gołębi wyrywających zapiekanki z rąk turystów. Ale życie bywa przewrotne – zamiast rozczulać się nad historią miasta, ja gapiłam się na ścianę w wynajętym apartamencie i czułam, że coś we mnie pęka. To było TO. Idealna, matowa czerń. Głęboka jak noc bez latarni. Aksamitna, odporna na codzienne życie, bez najmniejszego zacieku, absolutnie piękna! I tak zaczęła się moja miłość do farby: Tikkurila Optiva 5 Mat. Jeśli myślisz, że przesadzam – poczekaj, aż opowiem Ci całą historię.
Zaczęło się niewinnie. Wynajęliśmy mały apartament w sercu Krakowa – 20 m2, w którym zmieszczono: łazienkę, sypialnię, mini aneks kuchenny z mini lodóweczką, kucheneczką i zlewem w rozmiarze „możesz umyć kubek albo widelec, ale nie oba naraz”. Wydaje się ciasno, ale to nie przykuwało w ogóle uwagi, bo to, co robiło największe wrażenie, to ściany w obrębie tego aneksu – bez plam, bez smug, tak eleganckie i dopracowane, że moje serce – dotąd zimne – zapłonęło miłością. Byłam oczarowana.
Czarna, biała, obojętnie
Od tego momentu wszystko potoczyło się szybko – pytania do właściciela, pierwsze testy po powrocie do domu, a potem już tylko kolejne wiaderka farby i coraz bardziej zaniepokojone spojrzenia rodziny. Bo jak się okazuje, od „może przemaluję kawałek” do „pomalowałam ściany, sufity i rozważam podłogę” wcale nie jest tak daleko. I tak oto pół mieszkania spowiła czerń.
Zobacz efekt:
https://www.instagram.com/p/CpLM1TLD2Wg/
https://www.instagram.com/p/CdSelOTlAmZ/
https://www.instagram.com/p/DB3uzzdtrU5/
Oczywiście czarna – Y498, kiedyś Indian Ink, a obecnie Midnight, pozostaje moim ulubionym kolorem, ale Tikkurila to nie tylko jedna czerń. Reszta mieszkania jest pokryta białym Albatrosem (polecanym niegdyś przez Dorotę Szelągowską w jednym z programów). W kuchni, tuż przy ekspresie do kawy, gdzie ściana codziennie dostaje kawowy prysznic, farba nie tylko się nie poddała, ale nawet nie okazuje oznak zmęczenia. Myta co kilka dni, wciąż wygląda idealnie i nie jest wklęsła od ciągłego wycierania. Każdy, kto choćby wspomni, że planuje malowanie, dostaje ode mnie radę: Tikkurila, jak jakiś klucz do wyższego poziomu wtajemniczenia wnętrzarskiego.
Od „jak to zrobić?” do „wow, ale mi wyszło”
Czy można pokochać farbę? Można. Czy można o niej opowiadać ze łzami wzruszenia? Oczywiście. Ja nie jestem fanką remontowych dramatów i rozczarowań. Chcę farby, która działa. Takiej, która nie wymaga pięciu warstw, nie kapie i nie zdradza każdego śladu dłoni, przede wszystkim taką, która „wybacza”. I to właśnie jest to!
Czy trudno ją nakładać? Absolutnie nie! Nawet jeśli ktoś zaczyna swoją przygodę z malowaniem jako osoba, która nie odróżnia wałka od pędzla, to z tą farbą sobie poradzi. Rozprowadza się idealnie, kryje jak marzenie, a efekt końcowy? Matowe wykończenie, które wygląda luksusowo w każdym świetle, bez smug i innych niespodzianek.
Jeśli więc szukacie farby, która przetrwa próbę czasu i Waszą codzienność – polecam bez cienia wątpliwości (P.S. Nikt mi za to nie płaci).
